Przyjazd z przymrużeniem oka ;-)

W drodze do ośrodka w samochodzie spałem albo patrzyłem przez okno niebieskiego passata. Byłem zły i to wszystko co się działo obok mnie, miałem gdzieś. Cała droga trwała około 5 godzin, w ciągu których może tylko raz pomyślałem o czymś innym niż złość. Po przyjeździe zostałem zaprowadzony przez strażników przed oblicze dyrektorki (a tak naprawdę to z własnej woli sam poszedłem ;-)). Podczas rozmowy byłem torturowany i wyciągano ze mnie informacje w bardzo brutalny sposób. Ciemny pokój w którym się wtedy znajdowałem, zwany też „kanciapką” (prawda, że brzmi miło?), był pełen przeróżnych narzędzi. Można było się dosłownie rozerwać. A w rzeczywistości, w cywilizowany sposób rozmawialiśmy i sam udzieliłem niezbędnych informacji o sobie, które potrzebne były do przyjęcia. Po rozmowie zostałem przeniesiony do niezwykle przyjemnego pomieszczenia jakim jest kuchnia, będącym sercem domu. Ogromy stół zastawiony był mnóstwem pysznych potraw, ale każda z nich mogła być zatruta i sprawić że będę umierać w mękach. Oczywiście tak nie było, ale wtedy nic nie zjadłem ze złości, chociaż lubię jeść. Później zabito w dzwon i rozpoczęło się SW czyli Szybkie Wykrwawianie, codzienny rytuał, któremu poddawany był jeden z pacjentów. Żartuję, SW to Spotkanie Wieczorne, na którym każdy omawia swój dzień oraz dostaje informacje zwrotne od reszty pacjentów. Później poszedłem do mojej celi (pokoju ;-)) na górze, gdzie zostałem zamknięty.

(Autor K.J.)

Kolejna szansa

Mój pierwszy dzień w ośrodku był 25 grudnia 2015 roku. Przyjechałem tu po 11 miesiącach pobytu w innym ośrodku. Przyjechałem z pozytywnym nastawieniem, tzn. że chciałem jak najszybciej ukończyć terapię. Gdy zobaczyłem to miejsce i wszedłem do środka poczułem zniechęcenie i momentalnie zmieniłem zdanie. Nie chciałem już tu być. Chciałem wracać do domu, nie chciałem tu zostać. Myślałem, że po pobycie w tamtym ośrodku jestem już wyleczony, że narkotyki są dla mnie nie groźne. Mówiłem mamie, żeby mnie stąd zabrała. Nie mogłem wytrzymać, więc wyszedłem z budynku i siedziałem w samochodzie. Nie miałem ochoty wracać, lecz tata mnie zmotywował. Potem poszedłem do terapeuty porozmawiać i zdecydowałem się zostać w ośrodku. Na początku było ciężko. W dzień czułem się bardzo samotny, ponieważ inni mieli odwiedziny (był to czas Świąt Bożego Narodzenia), ale szybko się zaaklimatyzowałem. Na początku szło mi raz lepiej, raz gorzej, do czasu gdy po dwóch miesiącach uciekłem. Po 4 godzinach złapała mnie policja i przywiozła z powrotem do ośrodka. Od tego momentu zmieniło się moje myślenie i nastawienie. W końcu zacząłem coś robić dla siebie, nie dla rodziny, terapeutów czy przyjaciół. Oczywiście, że raz jest łatwiej, raz ciężej, raz jestem wyżej, raz niżej. Ale najważniejsze, że nie poddałem się. Dziś mam perspektywy, dążę aby być trzeźwą.
(Autor K. M.)

Drugi pierwszy raz…

Pierwszy mój dzień pobytu w ośrodku Ku Dobremu nasycony był tęsknotą, gniewem i złością. Nie mówiłam o swoich uczuciach, tylko manipulowałam, także mamą prosząc aby mnie zabrała bo popełnię samobójstwo jeżeli tego nie zrobi. Tak silny miałam głód narkotykowy. Każdy z terapeutów to widział, pozostali pacjenci także, tylko ja tego nie widziałam. Bo po prostu nie chciałam tego widzieć. Po 2,5 miesiącach pobytu dostałam wypis karny, z możliwością powrotu tutaj.

Teraz jestem tutaj ponownie. Nie ukrywam, że miałam pewne obawy dotyczące tego jak będę się czuła kiedy tu wrócę. Z jednej strony cieszyłam się że dostałam możliwość powrotu tutaj, ponieważ zrozumiałam w jakiej znajduję się sytuacji. Wcześniej byłam w Monarze 8 miesięcy. Jestem narkomanką i potrzebuję pomocy. Ten ośrodek jest wyjątkowym miejscem, ponieważ panuje tu rodzinna atmosfera. Mam poczucie bezpieczeństwa oraz czuję się tu ważna. Bardzo tęsknię za domem i rodziną, ale myślę, że to miejsce również może stać się moim drogim domem.

(Autor S. P.)